„Czarodziejski flet”
Opera na Zamku w Szczecinie , reżyseria: Natalia Babińska, kierownictwo muzyczne: Jakub Wnuk
Szczecińska inscenizacja „Czarodziejskiego fletu” wiernie podąża za baśniowym librettem, ale… Reżyserka Natalia Babińska sprytnie uaktualniła symbolikę opowieści, czyniąc z opery Wolfganga Amadeusza Mozarta „oręż” przeciwko impertynencji i bezczelności władzy. Ta w nieodpowiedzialnych rękach potrafi szybko i łatwo zmienić bajkę w najgorszy koszmar. Dodam, że premiera odbyła się w cieniu pierwszych szaleństw Donalda Trumpa. Mimo to, nie jest to spektakl polityczny.
Szczecińska interpretacja pozwala myśleć o „Czarodziejskim…” jako o utworze uniwersalnym. To dobry klucz (pęk?) do współczesnego odczytania oświeceniowej operowej ramoty. Babińska, także kompozytorka, nie tylko uważnie przeczytała libretto, ale wniknęła w muzykę Mozarta i usłyszała więcej i pełniej. Stąd tu tyle ważności i wrażliwości. Młody dyrygent Jakub Wnuk dzięki wieloletniej współpracy z warszawską Operą Kameralną zdobył doświadczenie z muzyką Mozarta. Z ikonicznym utworem poradził sobie z pewnością, elegancją i lekkością. Wnuk jest od lat związany ze Szczecinem i Pomorzem Zachodnim, stąd pochodzi, ukończył Akademię Sztuki.
Natalia Babińska stworzyła spektakl oparty o swoisty „synkretyzm inscenizacyjny” i to do kwadratu. Pomieszane światy przemieszała jeszcze bardziej, obdarowując swoje postaci przymiotami przynależnymi do różnych sfer – fikcyjnych i realnych. Choć narracji bliżej do baśni, to reżyserka uwypukliła psychologię bohaterów, do czego zresztą zmusza forma śpiewogry (partie mówione). Tym samym podziwiamy rzadką w operze rozpiętość emocji i temperamentów.
Poprzez niezwykle prosty zabieg inscenizacyjny reżyserce udało się zatrzymać baśniowy marsz i nadać osobliwemu pochodowi mądrości i wartości. Wplotła w spektakl kilka cytatów m.in. z Orwella czy Mrożka – „Celem władzy jest władza”, „Żeby sprawować władzę, trzeba mieć w sobie coś z potwora”, „Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy nad światem. Prośbę moją uzasadniam tym, że jestem lepszy, mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi”. To przydało opowieści powagi i ważności, osłabiając jej pierwotną naiwność.
Największy aplauz zebrał kipiący komiczną siłą i znakomitą kondycją wokalną Jędrzej Suska vel Papageno. Zachwycił nie tylko w partiach śpiewanych, a jego swoboda i dystans były gwarancją wybrzmienia dramatycznych scen śpiewogry Mozarta. Pavlo Tolstoy, odtwórca Tamino, nie odnalazł się właśnie w scenach dramatycznych, szczególnie ruchowo. O ile muzycznie był dobry, to nie dorównał swadzie partnera. Rzetelne aktorstwo i świetny wokal to Sarastro Karola Skwary, równie wyrazista postać oraz muzyczna czystość to Monostatos Pawła Wolskiego. Z finezją i subtelnością zinterpretowała swoją Paminę Julia Pliś, a Maja Melchinkiewicz narysowała Papagenę humorem i… lekkością. Rewelacyjne były Trzy Damy – Aleksandra Bałachowska-Jagusz, Julita Jabłonowskja, Anna Kopytko, ale już mam problem z oceną postaci Trzech Chłopców (Karolina Chomicz, Alicja Kondzioła, Karolina Misiorek). Nie, nie w aspektach wykonawczych, bo to była dobra praca, lecz w samym pomyśle obsadzenia bardzo młodych chórzystów lub/i amatorów spoza zespołu Opery. Joanna Sojka jako Królowa Nocy miała arcytrudne zadanie. Jej interpretacja „Der Hölle Rache kocht in meinem Herzen / Piekielna zemsta kipi w moim sercu” zwieńczyła owacja, ale nie tak spontaniczna jakby można się spodziewać. Zabrakło w jej postaci siły i mocy – zarówno w temperamencie i w aspektach muzycznych. Subtelność Sojki przyćmiła brutalny tekst arii.
Zdecydowanie największym atutem spektaklu są kostiumy i scenografia Aleksandry Redy. Zjawiskową konfekcję należy uznać za dzieła sztuki same w sobie. Właściwe arcydzieła! Podobne wrażenie robi scenografia, nie tylko efektowna i zdobna, lecz także pomysłowa i funkcjonalna. Sporo zyskała dzięki obrotowej scenie, ale także możliwościom łączenia elementów w moduły. Spiralne schody przeobrażały się w świątynne kolumny, wnętrza królewskiego pałacu albo baśniowy las. W tym miejscu wyrazy uznania dla techników scenicznych Opery za sprawność i sprawczość. Ot magia teatru! Całość dopełniały projekcje multimedialne, momentami bliskie mappingowi, autorstwa Jagody Chalcińskiej. Na uznanie zasługuje jeszcze praca reżysera światła Macieja Igielskiego. Precyzyjne, punktowe strumienie światła wydobywały ze scenicznego mroku postaci, albo to, co w danej scenie miało być istotne.
Zachwycająca zdobność widowiska i status dzieła Mozarta są gwarancją, że „Czarodziejski flet” pozostanie w repertuarze Opery na Zamku przynajmniej na kilka sezonów.




